Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia nawigacji i lepszego dostosowania strony do preferencji użytkownika. Pliki te można zablokować w dowolnym momencie, zmieniając ustawienia przeglądarki internetowej.

Dowiedz się więcej.
Pioneer Pekao Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A.
Jesteś w: Poradnik > Frankowa saga

Frankowa saga

Powrót »
Dodano: 13.04.2017
Frankowa saga

Niedawno minęły dwa lata od „czarnego czwartku”, kiedy to wraz z gwałtowną aprecjacją franka tysiące osób zostało – trochę jak w książkach Stephena Hawkinga – przeniesionych do innej czasoprzestrzeni…

Pamiętnego 15 stycznia 2015 roku Szwajcarski Bank Narodowy niespodziewanie wycofał się z obrony waluty tego kraju przed jej nadmiernym umocnieniem się w stosunku do euro. W rezultacie szwajcarski frank gwałtownie zdrożał. Tego dnia był taki moment, kiedy kosztował on 5,19 zł – to cena, która nawet przy dzisiejszym wysokim kursie franka przyprawia o zawrót głowy. Co prawda emocje na rynku walutowym szybko opadły, ale zostały rozbudzone gdzie indziej. Z dnia na dzień kredytobiorcy musieli zmierzyć się ze świadomością, że ich zobowiązania są znacznie większe niż dzień wcześniej, czasem nawet większe niż w dniu zawarcia umowy z bankiem. Większe od wartości zakupionych nieruchomości. Surrealistyczne, choć niestety rzeczywiste doświadczenie. Zaczął się kryzys frankowy w Polsce.

Problem na dużą skalę

Rocznice skłaniają do podsumowań, a upływ czasu daje dystans w ocenie zagadnienia. Zacznijmy więc od skali zjawiska. Z danych Związku Banków Polskich, Komisji Nadzoru Finansowego i Biura Informacji Kredytowej wynika, że w Polsce aktywne frankowe zobowiązania kredytowe ma ok. 900 tys. osób. Większość to kredyty hipoteczne. Wartościowo jest to ok. 130 mld zł. Dla porównania: dług publiczny naszego kraju przekroczył niedawno granicę biliona złotych, a zaplanowany w budżecie na 2017 rok deficyt budżetowy to niecałe 60 mld zł. Wartość portfela kredytów frankowych nie jest więc mała. Problem dotyczy gospodarstw domowych, w których żyje kilka milionów Polaków.

Frankowy awers...

Ciekawy jest portret socjoekonomiczny osób zadłużonych w szwajcarskiej walucie, który wyłania się ze statystyk. Przeciętny frankowicz to mieszkający w mieście czterdziestoparolatek z wyższym wykształceniem, w dobrej sytuacji dochodowej. To ważne, ponieważ taki obraz dostarcza argumentów przeciwnikom państwowej pomocy frankowiczom. Wysokie zarobki nie stawiają ich w dramatycznej sytuacji. Z kolei wysokie wykształcenie (i wiek – na który przypada szczyt tzw. inteligencji skrystalizowanej, czerpiącej siłę z gromadzonych doświadczeń) kłóci się z tezą o niecnym wykorzystaniu żerującym na ich niewiedzy.
Mimo silnego ciosu frankowicze faktycznie okazali się odporni na szok wywołany „czarnym czwartkiem”, przynajmniej w sensie dyscypliny obsługi kredytów. Szkodowość w tym segmencie jest niewielka i zbliżona do szkodowości  hipotecznych kredytów złotowych(ok. 3–4%). Dzięki dyscyplinie spłat wartość portfela kredytów frankowych w Polsce szybko spada – w niektórych bankach nawet o 7% rocznie.

...i rewers

Jest jednak druga strona medalu: mimo wszystko „czarny czwartek” postawił część frankowych kredytobiorców w dramatycznej sytuacji. Szacunki mówią co prawda, że jest ich niewielu (przyjmuje się, że ok. 5% wydaje na spłatę rat więcej niż połowę miesięcznych dochodów), jednak właśnie w takich przypadkach musimy widzieć osobno każdą jednostkę, a nie po prostu anonimowych frankowiczów. Tu nikt nie powinien odmawiać pomocy, choćby polegającej na zaproponowaniu rozwiązań przywracających nadzieję na oddłużenie w dającej się przewidzieć przyszłości. To, co uderza w skargach tych osób, to poczucie autentycznego złamania przez frankowy kredyt, beznadziei i niepewnych perspektyw, które nieodparcie kojarzą się z niewolą. To – i emocjonalny chaos wynikający z mieszanki poczucia winy, wstydu, rozgoryczenia i krzywdy – jest zresztą charakterystyczne dla beznadziejnie zadłużonych, bez względu na walutę kredytu.

Szatański efekt halo

Kredyt, który po pewnym czasie staje się toksyczny, jest emblematem naszych czasów. Sponiewierał nawet pierwszą gospodarkę świata. Stany Zjednoczone do dziś zmagają się z problemem kredytów o podwyższonym ryzyku (niesławne subprime mortgages). Biorąc pod uwagę natężenie emocji, odpowiednikiem naszego problemu frankowego w USA są chyba jednak agresywnie sprzedawane kredyty studenckie.

Co więcej, badania amerykańskie pokazują, że bieda i wykluczenie ekonomiczno-społeczne przyciągają firmy kojarzone z „drapieżnym pożyczaniem”. To budzi co najmniej niechęć wobec instytucji pożyczających pieniądze, która przenosi się także na banki i coraz bardziej kłóci się z ich statusem instytucji zaufania publicznego. Być może gdyby nie jednoznaczny finał skandali, takich jak ten związany z manipulowaniem stopą LIBOR (prawie 6 mld dol. kary dla kilku globalnych instytucji finansowych), nastroje wokół banków nie byłyby tak skrajne, także wśród polskich kredytobiorców. Niestety, dziś mamy w bankowości znany z psychologii efekt Golema, zwany też szatańskim efektem halo: teraz już wszystko, co zaproponują banki, będzie postrzegane jako potencjalne nadużycie.

 

Kredyt, który po pewnym czasie staje się toksyczny, jest emblematem naszych czasów. Sponiewierał nawet pierwszą gospodarkę świata. Stany Zjednoczone do dziś zmagają się z problemem kredytów o podwyższonym ryzyku.

 

Nie jesteś z tym sam

Mamy dziś zatem rzesze aktywistów antybankowych, dla których organizowanie ruchu oporu wobec instytucji kojarzonych z finansjerą i kapitalistycznym establishmentem staje się sposobem na życie. Zawrotną karierę robi okołobankowe słowotwórstwo: bankster, abuzywny, kredytokracja… Dzięki mediom społecznościowym pokrzywdzeni przez banki, ale także różnego rodzaju frustraci, szybko się zorganizowali, znajdując siłę, jakiej nigdy nie będzie mieć jednostka. Wynikające z tego nadzieje kapitalnie wyraził Andrew Ross, socjolog i jednocześnie animator akcji sprzeciwu wobec amoralnej bankowości, w tytule jednego ze swoich artykułów – „You Are Not a Loan” („Nie jesteś kredytem”) – będącym inteligentną parafrazą tytułu słynnego przeboju Michaela Jacksona „You Are Not Alone” („Nie jesteś sam”). Nadzieje przeistoczyły się w daleko idące oczekiwania, w tym – tak jak w Polsce – ustawowego rozwiązania problemu. Tymczasem jest on na tyle złożony, że wyklucza proste rozwiązania, zwłaszcza dekretowane przez państwo.

Puszka Pandory

Ustawowe rozwiązanie problemu frankowego budzi kontrowersje z kilku powodów. Po pierwsze, dotyczą one niejasnego rachunku frankowych krzywd, który należałoby wyrównać. Może ono budzić wewnętrzny opór części opinii publicznej, ponieważ nasuwa się pytanie: dlaczego wsparcie miałoby być kierowane właśnie do tej grupy społecznej? Dlaczego nie do wszystkich posiadaczy kredytów hipotecznych (także złotowych), którzy przez całe lata płacili wyższe raty? Kredyty frankowe wybierano właśnie dlatego, że przy niższych niż w Polsce stopach procentowych w Szwajcarii były one lansowane jako korzystniejsze. Są kalkulacje świadczące o tym, że niektóre kredyty frankowe wciąż są atrakcyjniejsze od ich kopii w złotych.

Ustawa próbująca rozwiązać problem frankowy otworzyłaby puszkę Pandory z inflacją oczekiwań wobec państwa, ponieważ każda ze stron próbowałaby przelicytować pozostałe. Dodatkowo nasuwa się pytanie: jak podsumować ten rachunek krzywd, skoro kredyt hipoteczny jest kontraktem długoterminowym i wynik takiego rachunku będzie znany dopiero po spłaceniu kredytu? W przypadku wielu kredytów jesteśmy przecież dopiero gdzieś w połowie osi czasu, wzdłuż której upływa ich życie. I tu dochodzimy do drugiej kontrowersji.

Jak w bajce

Po paroletniej przerwie witamy się właśnie na nowo z inflacją. Wcześniej czy później w górę pójdą za nią stopy procentowe w Polsce. Po pierwsze, w perspektywie długookresowej może to zmienić wspomniany wcześniej rachunek krzywd. Po drugie, ustawowe przewalutowanie kredytów z frankowych na złotowe może się skończyć jak w bajce braci Grimm o trzech świnkach, które tylko kupiły trochę czasu w ucieczce przed zagrożeniem, nie pozbywając się go definitywnie. Z punktu widzenia dłużnika kredyt ze zmienną stopą procentową, choć złotowy, wciąż jest obciążony ryzykiem. Wilk z bajki braci Grimm zjawi się znowu, kiedy stopy procentowe w Polsce sięgną poziomów, o których już zapomnieliśmy. W czasie ostatniego globalnego kryzysu WIBOR 3M – stopa referencyjna dla oprocentowania hipotecznych kredytów złotowych – wynosił prawie 7%, a na przełomie XX i XXI wieku – niemal 20%. Z punktu widzenia raty statystycznego kredytu mieszkaniowego poszybowanie WIBOR -u w te rejony może oznaczać jej podwojenie, a nawet potrojenie.

Niekończąca się historia

Kontrowersji jest zresztą więcej. Być może należałoby zacząć od tej, że dziś politycy z wigorem proponują różne wersje pomocy zadłużonym w szwajcarskiej walucie (w sejmie są obecnie trzy projekty), podczas gdy przed dekadą próby ograniczenia podaży kredytów dewizowych, podejmowane m.in. przez KNF, spotkały się z ich gwałtownym sprzeciwem. Pozostaje zatem indywidualne szukanie rozwiązania na drodze prawnej. Część kredytobiorców zdecydowała się na taki krok. Bodźce do dwustronnych restrukturyzacji kredytów frankowych pomiędzy bankami a ich klientami, których wprowadzenie zapowiada Komitet Stabilności Finansowej, też są rozsądną propozycją, ponieważ odwołują się do rynkowych zasad i dają szansę rozłożenia procesu w czasie. To ważne, ponieważ przewalutowanie, zwłaszcza po historycznym kursie z dnia zaciągnięcia kredytu, jako jednorazowa operacja miałaby prawdopodobnie charakter szoku dla sektora bankowego, który w krótkim czasie musiałby zaabsorbować duże koszty. Wystawiony mógłby zostać kolejny rachunek krzywd – tym razem przez część depozytariuszy stojących na krawędzi upadku banków. Frankowa saga nie miałaby wtedy końca.

 

 
Prof. Andrzej Cwynar,
Szkoła Ekonomii i Innowacji w Lublinie.

 


Skontaktuj się z nami

Centrum Obsługi Klienta:
801 641 641 lub (+48) 22 640 40 40
PioneerCOK@pekao-fs.com.pl